sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział dziewiąty

Elen's pov.

Weszłam do klasy i szybko zajęłam swoje miejsce. Byłam podekscytowana- chciałam zobaczyć moje przyjaciółki, które wczoraj były na wycieczce. Miałam zamiar zasypać je opowieściami o tym dość nieszczęśliwym dla mnie weekendzie, ale przede wszystkim- o Omarze. Usiadłam obok jednej z moich kumpeli- Rosie. Była to dziewczyna o włosach w kolorze ciemnymblond i zielonych oczach. Przyjaźniłyśmy się od podstawówki. Rosie była bardzo mądra, a ja dziwna. Jakimś cudem tworzyłyśmy zgrany zespół. Ona interesowała się przedmiotami ścisłymi, ale także plastyką.  To ostatnie było naszą wspólną pasją.
-Hej. Zaspałaś?- powiedziała z uśmiechem Rosie.
-Cześć. Tak jakby.- odpowiedziałam. Rosie niecierpi Angeli tak samo jak ja i napewno by się zdenerwowała gdybym jej powiedziała o ataku naszego wroga. Postanowiłam o tym nie wspominać. Niestety jak to zwykle bywa u przyjaciół, Rosie sama się domyśliła o co, a raczej o kogo chodzi.
-Co ta idiotka znowu zrobiła?!
-Nic takiego. Przetrzymała mnie chwilę na dole i tyle.- zapewniłam ją natychmiast.
-Co za kretynka.
-Taaa.
Rozejrzałam się po klasie. Trzy ławki za mną siedziała moja druga przyjaciółka, Hanna. Właśnie upinała swoje kręcone, brązowe włosy w kucyka. Zobaczyła mnie i pomachała. Skończyło się to tym, że musiała robić sobie fryzurę ponownie. Obok niej siedział jej chłopak Matt, który również należał do naszej paczki. Był to przystojny szatyn o niezwykłym spojrzeniu. Nie widział mnie, bo przyglądał się z rozbawieniem wkurzonej Hannie. Co za sadysta. Haha.
Lekcja matematyki była baardzo nudna. Tak samo jak angielski i reszta dzisiejszych zajęć. Czekałam z niecierpliwością na ich koniec żeby pogadać z dziewczynami. Po pięciu godzinach męk spełniło się moje marzenie. Wybiegłyśmy z klasy i zaczęłyśmy gadać. Dziewczyny wiedziały już o mojej katastrofie z laptopem (Hanna spytała, czy Oscar był przystojny, co mnie z jakiegoś powodu rozwścieczyło), o mojej, kolejnej zresztą wpadce, tym razem w kawiarni i o oparzeniach.
-Oparzyłaś się?!- Rosie wydarła się na pół korytarza. Naszczęście większość uczniów znajdowała się już na dworze.
-Boże nie drzyj się! Tak.
-Serio? Boli cię??- zapytała Hanna.
-Nie, już jest lepiej.
-Zakochałaś się w facecie, ktory cię oblał wrzątkiem? Wow na serio jesteś dziwna.- powiedziała Rosie. Popatrzyłam na nią smutnymi oczami.- Hahahahah wiesz, że żartuję.
-No wiem. Nie reaguj na to tak gwałtownie, bo nie chcę żeby o tym wiedziało pół szkoły.
-Hahahaha za późno.- zza zakrętu wyłoniła się Angela. Super.
-Czego chcesz?- zapytała Hanna, którą tak samo jak nas denerwowała ta idiotka.
-Trochę grzeczniej się odzywaj kudłata.- powiedziała z drwiną w głosie ta idiotka.
-I wice wersa lafiryndo.- do akcji wkroczył Matt, który nie miał zamiaru dać obrażać swojej dziewczyny. Angeli zbladła mina. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś się jej przeciwstawia. A szczególnie chłopcy- większość z nich śliniła się patrząc na jej push-up niczym na azteckie złoto.
-Możesz już stąd iść?- kontynuował nasz bohater. Chuiaua została właśnie przebita mieczem przez rycerza w lśniącej zbroji. Tak właśnie widziałam Matta w mojej wyobraźni. Ratował on osoby, które kochał przed wrednymi kretynkami. W tym przypadku my znalazłyśmy się w ogniu jego ,,miłości"- marsjanka, naukowiec i jego wybranka. Cóż za trio.
-Haha. Jesteście żałośni.- prychnęła Angela po czym odwróciła się na pięcie i zostawiła nas w błogim, świętym spokoju. Odetchnęliśmy z ulgą.
-Och dzięki ci nasz wybawco!- ukłoniłam mu się głęboko z uśmiechem. Dziewczyny zaczęły się śmiać.
-Haha nie ma za co.- odpowiedział Matt.- Nienawidzę tej jędzy.
-To chyba nasza wspólna cecha.- Hanna też wydawała się rozbawiona.
-No, skoro już zostałyśmy uratowane, to może wyskoczymy sobie razem na miasto?- zaproponowałam.
-Hmm ja nie wiem czy mogę....- Rosie jak zwykle nie chciała nigdzie iść.- Umówiłam się z siostrą....
-No weź nie daj się prosić! Idziemy już! W tej chwili!- rozkazałam, po czym złapałam ich za kurtki i wypchnęłam ze śmiechem ze szkoły.

-
-
-
Oscar's pov.

Czuję się bardzo źle. Przeze mnie chłopcy są smutni i niewyspani. Podobno przez całą noc pojękiwałem z bólu. Budziłem się co chwilę. Noga okropnie mnie bolała. Miałem ją usztywnioną w jakiegoś rodzaju gipsie, ale wciąż odczuwałem mrowienie. Jestem beznadziejny. Nasz wyjazd do Szwecji został przesunięty o kolejne dwa tygodnie więc odbędzie się za miesiąc. W styczniu. Opóźniony przeze mnie. Nie możemy ćwiczyć- przeze mnie. Omar, Ogge i Felix są smutni- przeze mnie. Boli mnie noga- przez moje roztargnienie.
-Oscar przestań się w końcu obwiniać!- powiedział Felix. Zupełnie jakby czytał mi w myślach.- Nic się nie stało.
-No właśnie. Najwyżej będziesz tańczył w gipsie.- zaśmiał się Omar.
-Najgorsze jest to, że cię boli.- powiedział zatroskany Ogge.- Pójdziemy zaraz do apteki i kupimy ci jakieś proszki.
-Dobry pomysł! Ok Omar zbieraj się! Wychodzimy.- zarządził Felix.
-Czy ja w ogóle mam coś do powiedzenia?- zapytałem.
-Nie.- odpowiedzieli zgodnie razem i roześmiali się.
-Poczekasz tu sobie chwilę.- powiedział Ogge.- Wrócimy z lekami i z jakąś chińszczyzną. Już pora na obiad.
-Supcio! Mi pasi- sushi trzeci dzień z rzędu.- marudził Omar.
-Wolałbyś meksykańskie żarcie?- spytał Felix.- Nie wychodziłbyś z łazienki przez tydzień. Haha.
-To pa Oscar!- pożegnał mnie Ogge, przerywając ich dyskusję.
-Cześć.- odpowiedziałem. Żadna próba protestu tutaj nie zadziała. Cierpliwie na nich zaczekam.

*
*
*

3 komentarze: