poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział czwarty

Elen's pov.

-Co? Nie...nie może tam polecieć ktoś inny? Czy nie mogłabym wysłać im tekstu internetowo, a wynagrodzenie otrzymałabym również przez internet?- cholera. Muszę się bronić. Nie mam zamiaru lecieć w tej dużej, metalowej kupie złomu. Od samego myślenia o tym przechodzą mnie ciarki.
-Och Elen, w czym tkwi twój problem? Ich siedziba mieści się w Szwecji. Poza tym mówią, że widzieli kilka twoich podkładów i chcieliby z tobą nagrać kolejny.- chcę ze mną nagrać piosenkę? Wow.
-W porządku, ale czy oni nie mogliby przyjechać tutaj? Przecież chodzę do szkoły!
Przed moimi oczami stanęła  katastrofa w przestworzach- samolot na wskutek rozszczelnienia spada z wysokości 10 km na ziemię. Bum.
-Czy ty sobie za bardzo nie pozwalasz młoda damo? Z tego co pamiętam to oni są gwiazdami, nie ty.- ton jej głosu był karcący.- Sprawę ze szkołą załatwię za chwilę. Muszą mnie przecież zrozumieć.
Jakoś sobie tego nie wyobrażam.
-Yyyy.....
-Bardzo się cieszę, że się zgadzasz. Musimy się również spotkać by omówić szczegóły twojego wyjazdu. Niech będzie...... o 14 w moim biurze. Pasuje ci?
-Chyba tak.- nie mogę w to uwierzyć. Poddałam się.
-W takiem razie żegnaj.- Maria rozłączyła się.
Teraz byłam zrozpaczona. Miałam 100% pewności, że już nie usnę.

Tak jak podejrzewałam przez całą noc nie zmrużyłam oka. Przewracałam się z boku na bok i wyobrażałam sobie różne wersje mojej śmierci setki metrów nad ziemią. Wstałam więc o piątej by przerwać te mroczne wizje. Ubrałam się i stwierdziłam, że pójdę do ,,Słodkich grzeszków". To idealny pomysł. Tylko, że otwierają o 8. Kurde. Tak chciałabym teraz usiąść na jednej z sof i zapomnieć o wszystkim. No cóż będę musiała poczekać. Zdjęłam kurtkę i usiadłam przy biurku. Nie byłam w nastroju na komponowanie muzyki. Po krótkim zastanowieniu uznałam, że podszkolę się w rysowaniu. Zastrugałam swók ulubiony ołówek (2B) i zaczęłam bazgrać. Po jakiś 20 minutach ze zgrozą stwierdziłam, że narysowałam płonący samolot. Chyba jestem chora. Wzięłam jeszcze jedną kartkę. Naszkicowałam twarz Oscara. Zajęło mi to jakąś godzine zanim było widać, że to człowiek, a nie jakiś trol. Ach te moje ,,zdolności". Kiedy skończyłam była 7:30. Kurde. Muszę przyznać, że wyszedł nieźle. Popatrzyłam w jego oczy. Z jakiegoś powodu czułam do niego niechęć. To w jaki sposób na mnie patrzył, jak do mnie mówił wprawiało mnie w zakłopotanie. Nie potrafiłam tego wyjaśnić. Hmmm przynajmniej na chwilę zapomniałam o samolocie. Przypomniałam sobie za to o tym boysbandzie. Stwierdziłam, że skoro mam pracować z profesjonalistami przyda mi się nowy laptop. Niechętnie spojrzałam na pęk pieniędzy pozostawiony przez moich rodziców. Powiedzieli, że ,,wystarczy na rachunki." Ja powiedziałabym, że wystarczy na wakację na Bahamach. Z obrzydzeniem wyjęłam kilka banknotów. Poszłam do sklepu RTV i AGD. Kupię coś najtańszego.

-
-
-

Oscar's pov.

Nie mogłem spać. Cały czas myślę o Elen. Dowiedziałem się, że za dwa tygodnie wracamy do Szwecji. Tam znajduje się nasze studio nagraniowe. Mamy nagrać nową piosenkę. Nie mam ochoty na śpiewanie. Muszę ją znaleźć zanim odlecimy. W innym wypadku będę musiał o niej zapomnieć. Wiem, że nie potrafię. Dzisiaj mamy próby. Może pod wieczór będe mógł wyjść na miasto. I co zrobię? Przecież nie mam pojęcia gdzie ona może być.
-Stary wstawaj idziemy ćwiczyć!- Omar zciągnął mi kołdrę z nóg.- Coś ty taki nie w humorze? Znajdziemy twoją kobietę. Zobaczysz.
-Hahah ty to zawsze umiesz pocieszyć.
Mrugnął do mnie.
-No,a teraz wstawaj. Nie będziemy na ciebie czekać w nieskończoność.
Ma rację. Muszę się ogarnąć. Wstałem, szybko się przebrałem i poszedłem do sali ćwiczeń. Chłopcy już na mnie czekali.
-Hej śpiochu!- zawołał Felix.
-Haha hej.
-No dobra bierzmy się do roboty.- Ogge jak zwykle był zorganizowany.
Przytaknęliśmy. Zaczęliśmy tańczyć.

-
-
-

Elen's pov.

W końcu wyszłam z wypełnionego ludźmi sklepu. Miałam ochotę kupić Soniaka, ale ekspedientka wcisnęła mi Apple'a zachwalając jego niebywałe, nowe możliwości. Nie miałam nastroju by się kłócić. Mama się ucieszy, że wydałam choć trochę z zostawionych przez nią pieniędzy. Wysłałam jej drugiego dzisiaj sms-a, w którym zapewniłam, że czuję się bardzo dobrze i nie jestem chora. Jak najszybciej uciekłam ze sklepu.
Poczułam chłodne, ranne powietrze. Na ulicach było o wiele mniej ludzi niż w godzinach szczytowych, ale wciąż trzeba było się przez nich przeciskać. Szukałam w tłumie niecodziennych, wyróżniających się osób. Lubiłam się im przyglądać. Ciekawe czy oni myśleli to samo o mnie. Zobaczyłam przesłodką Chinkę. Miała niebieskie włosy, w których poupinała kokardki. Była ubrana w naćwiekowaną kurtkę, jeanse z dziurami i glany. To całkowicie nie pasowało do jej słodkiej twarzy. Widziałam w niej trzynastoletnią wersję zbuntowanej Mulan, która chce walczyć za swoją ojczyznę dzidą ze zawiązaną na jej końcu kokardką i w mini spódnicy. Ciekawy widok.
Po drugiej stronie ulicy wypatrzyłam jakiegoś faceta. Miał blond włosy, rozpiętą koszulę, spodnie do kolana i trampki. Trząsł się z zimna. Miałam ochotę do niego podbiec i oddać mu moją kurtkę. Jemu bardziej by się przydała. Gdy już miałam wcielić mój heroiczny plan w życie, zobaczyłam kogoś innego.
Był to przystojny Latynos. Miał włosy ścięte na krótko i postawione do góry. Był ubrany w ciemnozieloną, puchową kurtkę i jeanse. O kurde. Był taki piękny. Natychmiast odrzuciłam od siebie tą myśl. Ale jestem płytka. Wystarczy, że jest przystojny, a ja już sobie wyobrażam niewiadomo co. Idiotka- skarciłam się w myślach. Nie spuszczałam go jednak z oczu. Przeszedł przez ulicę i znalazł się po mojej stronie. Jasny gwint! Wszedł do mojej kawiarni!! W pierwszej chwili chciałam ją ominąć i pójść dalej. No, ale to moja kawiarnia! Nie oddam jej jakiemuś przystojniakowi! Nawet jeśli to by był Tom Cruise. Weszłam do środka. Na szczęście mój ulubiony stolik był wciąż wolny. Zamówiłam kawę i usiadłam na moim miejscu. Laptopa w futerale umieściłam tradycyjnie na stoliku. Przystojniak usiadł po drugiej stronie pomieszczenia. Czekałam na kawę i dyskretnie się mu przyglądałam.  Niestety przede mną stanął syn właściciela z tacą. Po raz kolejny. Ten to sobie zawsze znajdzie odpowiedni moment.
-Jestem Ruben.-miał bardzo niski głos. Czego on chce?- Przepraszam, że ostatnio cię tak potraktowałem.
Nie zwracałam zbytnio uwagi na to co mówił. Swoim ciałem zasłaniał mi ciekawszy widok- mojego Latynosa.
-Elen. Taaa nie ma sprawy. Nic się nie stało.- chciałam go spławić. Jednocześnie próbowałam się wychylić żeby zobaczyć obiekt moich marzeń. Wierciłam się jak opętana.
-Yyyyy....wszystko w porządku?- najwyraźniej to zauważył. Niech to szlag. Idź sobie.
-Tak. Po prostu mam owsiki.- co ja wygaduję? Teraz napewno sobie pójdzie.
-Czy mogę ci jakoś pomóc?- a co ty kurna lekarz?! Sytuacja robiła się coraz bardziej niekomfortowa. Moje ciacho wstało. On już wychodził. Też chciałam wstać.
-Wiesz miło się gadało, ale ja już...
Wszystko potoczyło się tak szybko. Latynos zaczepił o Rubena, który przekrzywił tacę z kawą. Jak najszybciej odsunęłam laptopa, by uniknąć kolejnej katastrofy elektronicznej. Celem tej wrednej cieczy stałam się więc ja. Po chwili poczułam wrzącą kawę na moim dekolcie.
-AAAAAAAA!- byłam pewna, że teraz wszyscy się na mnie patrzą. To się teraz nie liczyło, liczył się piekący ból, który odczuwałam na klatce piersiowej.

*
*
*

3 komentarze: